Najciekawsza dzielnica Europy

Praga Warszawa Warszawa nieznana

Kiedy wchodzimy na wpis na portalu Travel Supermarket poświęcony Pradze (Północ), możemy odnieść wrażenie, że autorom przewodnika dzielnica ta kojarzy się tylko z Soho Factory. Trzy najciekawsze pozycje wymienione jako powody, dla których warszawskie prawobrzeże zostało uznane (ex aequo z dwiema innymi dzielnicami) za jedno z najciekawszych miejskich sąsiedztw Europy, znajdują się właśnie tam. I dwie z nich, oczywiście, należą do kategorii gastronomia: to palarnia kawy i kawiarnia w jednym Kofi Brand i restauracja Mateusza Gesslera Warszawa Wschodnia.

Na terenie dawnej fabryki na Ząbkowskiej rozlokowały się liczne koncepty gastronomiczne. Fot. Alina Zienowicz/CC by SA 3.0/Commons
Na terenie dawnej fabryki na Ząbkowskiej rozlokowały się liczne koncepty gastronomiczne. Fot. Alina Zienowicz/CC by SA 3.0/Commons

Najzabawniejsze, że ani kompleks dawnych budynków fabryki amunicji Pocisk (dziś Soho Factory), ani wymieniony w kontekście fajności Pragi Sen Pszczoły (w nowej lokalizacji na terenie fabryki Perun) nie leżą na terenie Pragi, a Grochowa, a jednak to właśnie położona na północy Praga (zwana dziś Pragą-Północ z powodów administracyjnych) zasłużenie została wyróżniona jako jedno z najciekawszych sąsiedztw (neighbourhoods) europejskich miast.

I nic dziwnego, bo to miejsce rzeczywiście żyjące – także pod względem gastronomicznym – rytmem wyznaczanym przez takie dzielnice jak ożywający w Berlinie Penzlauer Berg. Nowe budynki, czasem wręcz o eksperymentalnym charakterze (jak ceglasta plomba przy Sprzecznej, nowo budowany dom z prefabrykatów, jak za PRL-u) wciskają się pomiędzy ceglane, czerwone praskie kamienice, na których jeszcze widać ślady po kulach, a jednak ta mieszanka nie wydaje się przeszkadzać.

Nie inaczej jest w dziedzinie gastronomii – czego tu nie ma! Od fastfoodów pamiętających lata 90., z typową dla nich bazarową estetyką i kuchnią „fusion”, ślady kebabowej gorączki lat 2000., modne kluby-dive bary z klimatem krakowskiego Kazimierza przełomu tysiącleci i ekskluzywne restauracyjki z artystowskim zacięciem. Dodajmy, że to właśnie z Pragą należy kojarzyć nie tylko bar Ząbkowski czy food court galerii handlowej Wileńska, lecz także słynny, nieistniejący wietnamski „chinatown” na Stadionie X-lecia.
Jednym z klubów-barów pamiętających dawniejsze czasy jest W oparach absurdu, zlokalizowany niedaleko skrzyżowania z Targowej z Ząbkowską. Okolica? Dziś najmodniejsza „na dzielni” – Ząbkowska stała się, zgodnie z polityką miasta, „salonem” Pragi, co roku ma też swoje święto, w ramach którego zamyka się na niej ruch samochodów, i jako deptak wypełnia się ciekawymi instalacjami i happeningami. Pamiętajmy jednak, że jeszcze kilkanaście lat temu za meldunek w tym miejscu dostawało się tzw. Szacunek Ludzi Ulicy – stąd dzisiejsze żarty, że o dziwo łatwiej tu ostatnio dostać hummus niż po mordzie.

Fot. Verdykrash/CC-by-SA 3.0/Commons
Fot. Verdykrash/CC-by-SA 3.0/Commons

W Oparach absurdu czas zatrzymał się tylko pozornie – lokal jest odświeżany, prócz dwóch ciasnych sal i niewielkiej antresoli pojawiła się ostatnio możliwość zaadaptowania piwnicy. Z pewnością będzie kim ją wypełnić – wciąż wielu jest miłośników „dawnego klimatu” – wypełnionych mrokiem pomieszczeń, atmosfery strychu z niedopasowanymi stolikami i krzesłami, wyeksponowanych glass-frontów ze słusznym wyborem piwa (do którego nie trzeba życzyć sobie szklanki) i ogólnie squatowego życia.
Opary absurdu tak wrosły w tkankę Pragi, że są już jak ona – miejscem, gdzie ludzie się mieszają. – Na początku było tu trochę „lokalsów” – przyznaje Cezary, jeden z barmanów. – Później to się zaczęło zmieniać. Dziś w Oparach jest dużo cudzoziemców, wiedzą o nas z przewodników – przyznaje. Turyści doceniają ten klimat, bo taka dzielnica w fazie przejściowej między stanem zapuszczenia a awangardą to modny produkt turystyczny, po który warto jechać na tzw. city break.

Z miejscowymi jest trochę inaczej. Kiedy rozmawiamy w czwartkowy wieczór, barmani przyznają, że sami nie wiedzą, dlaczego jest jeszcze pusto. – Taka specyfika Pragi, że nie ma zasady – wzdychają. Cezary wspomina, że latem konkurencję robi Wisła. Jej prawy brzeg w Warszawie to dzika plaża i ciągła impreza, bez opłat za wejście, z najlepszym widokiem w mieście i z piwem, które można sobie przynieść ze spożywczaka. Ale zimą – wiadomo – gdzieś trzeba pić.

W Oparach Absurdu dobrze czują się miłośnicy klimatów krakowskiego Kazimierza
W Oparach Absurdu dobrze czują się miłośnicy klimatów krakowskiego Kazimierza

A co z ekskluzywną gastronomią? Ależ proszę bardzo! Właścicielka Wilczej 50 Katarzyna Rówienicz już kilka lat temu zainwestowała w lokal po znanej swego czasu restauracji Porto Praga przy Jagiellońskiej, zmieniając ją w Boską. Pomysł najwyraźniej wypalił, bo ta ostatnia doczekała się włoskiej filii pod nazwą Boska Włoska, również na Pradze. Przy Stalowej działa hotel ze znanym ArtBistro o wysokiej klasie kuchni. W ślad za nimi idzie nietypowa restauracja Konsulat Praettigau. Właściciel Wojciech Molski nazwał ją na cześć szwajcarskiej doliny, w której działała zaprzyjaźniona z nim grupa artystów-akcjonistów. Ulicę Nieporęcką, przy której znajduje się restauracja, zamierza zmienić w lenno Liechtensteinu, a także w najbardziej neurotyczną ulicę miasta.

Konsulat Praettigau to nowoczesna restauracyjka z artystycznym zacięciem
Konsulat Praettigau to nowoczesna restauracyjka z artystycznym zacięciem

– Czekamy na przydział prądu z Konesera [naprzeciw restauracji trwa budowa kompleksu mieszkaniowo-usługowo-kulturalnego na terenie dawnej fabryki wódek] i całą ulicę podświetlimy na lawendowo, żeby wyeksponować prace artystów, które umieszczamy na murze wzdłuż ulicy – tłumaczy Molski. Dodaje, że obok restauracji zainstalował też jedyny na świecie telefon, z którego można dzwonić za darmo pod każdy numer świata. W przestrzeni użytkowej nad salą restauracyjną Konsulat koszaruje czasem artystów.

Molski, z wykształcenia filmowiec, szlify restauracyjne zdobywał pod okiem braci Gesslerów. – Syn Adama Gesslera, który mieszka w Londynie, mówi że to jest najinteligentniej prowadzona reklama, jaką widział w gastronomii. I że gdybym miał w Londynie tę knajpę, to trzeba by stoliki zamawiać na pół roku. A Adam mu na to, że w Londynie w centrum to byle kto sobie może poradzić w gastronomii, a ja się uparłem tu – chwali się restaurator. W menu ma kaczkę, fillet mignon, królika po francusku, policzki wołowe; sprzedaje do kilkunastu butelek wina dziennie. – Wszyscy się stukali w czoło: dlaczego ekskluzywna knajpa, z winem i tak dalej. Powinien być śledź i wódka. Uparłem się, że nie, i dobrze postawiłem – zachwala siebie i swoich gości.

Od półtora roku, mimo znikomych nakładów na promocję, utrzymuje wysokie noty na Facebooku i TripAdvisorze, nie wydając poza tym wiele na przyciągnięcie gości na małą uliczkę głęboko w praskiej głuszy, na Szmulkach. – Postępuję według starej zasady gastronomicznej: jeden gość zadowolony da ci następnego, jeden niezadowolony odbierze ci stu. Co wieczór robię bilans. Mieszkałem kilka lat w Niemczech: tam żadna dobra knajpa nigdzie się nie reklamowała. Jakaś mała wzmianka w przewodniku i to wszystko – tłumaczy Molski.

Koneser_Ząbkowska_2015_AdrianGrycuk_30
W budynkach dawnej fabryki wódek Koneser ulokował się Campus Google, jest też miejsce dla loftów, biur i… muzeum wódki. Fot. Adrian Grycuk/CC-by-SA 3.0/Commons

Na dobrą, zróżnicowaną ofertę gastronomiczną czekają tu mieszkańcy – obecni, lecz także przyszli, w niedokończonych jeszcze budynkach, takich jak cała zabudowa Portu Praskiego. Wraz z nimi przybędzie tu siły nabywczej, zwiększy się też ilość przestrzeni pod gastronomię. Czy dodatkowo przybędzie pomysłów na lokale? Na pewno, choć dziś wydaje się, że na Pradze jest już wszystko.